Kiedy po sześciu latach wróci do domu, jego córka go nie pozna.

Będzie miała dziesięć lat. Za mało, by pamiętać dokładnie jego twarz. Wystarczająco dużo, by wiedzieć, że ten obcy, wychudzony mężczyzna w progu nie przypomina ojca z jej wspomnień. Będzie patrzeć na niego długo, niepewnie, aż w końcu on, z drżącym głosem, powie jedno słowo:

— Kijek.

To przezwisko zna tylko ona i on. Nikt więcej.

I wtedy wszystko wróci.


Konstanty Ildefons Gałczyński urodził się w Warszawie, ale jego dzieciństwo szybko zostało przerwane przez wojnę. Podczas I wojny światowej został wraz z rodziną ewakuowany do Rosji. Tam stracił brata, Zenona. To doświadczenie zostawiło w nim ślad, który nigdy nie zniknął. Właśnie tam, wśród straty i obcości, narodziła się jego poezja — pełna tęsknoty, ironii i bólu.

Po powrocie do Polski jego życie zaczęło nabierać kształtów. W 1930 roku poślubił Natalia Gałczyńska — swoją wielką miłość. Ich ślub nie był wystawny. Pojechali na niego tramwajem. Natalia nie miała białej sukni. Nie było przepychu. Była za to miłość — cicha, prawdziwa, uparta.

Nazywała go „Kot”.

I kochała go bezwarunkowo.


Sześć lat później przyszła na świat ich córka — Kira Gałczyńska. Była spełnieniem marzeń. Małym światłem w ich niełatwym życiu.

Ale Konstanty nie był łatwym człowiekiem.

Były zdrady.

Były romanse.

Był alkohol.

A mimo to Natalia trwała przy nim. Wierzyła, że pod wszystkimi jego słabościami jest człowiek, którego pokochała.

I nigdy go nie zostawiła.


Potem przyszła druga wojna światowa.

Konstanty poszedł na front. Kampania wrześniowa, a potem niewola — najpierw sowiecka, później niemiecka. Oflag.

Poeta stał się jeńcem wojennym.

Głód, zimno, upokorzenie — wszystko to powoli go wyniszczało. Z człowieka, który kiedyś żartował i pisał lekkie, błyskotliwe wiersze, został ktoś cichy, zamknięty, złamany.


W Warszawie Natalia czekała.

Z małą Kirą.

Przeszły przez piekło — przez Obóz przejściowy w Pruszkowie, przez strach i niepewność. Pomógł im Jarosław Iwaszkiewicz, który dał im schronienie w Stawisku.

Ale nadzieja gasła.

Natalia zaczęła wierzyć, że Konstanty nie wróci.


A jednak wrócił.

W marcu 1946 roku stanął w drzwiach ich mieszkania.

Kira otworzyła.

I nie poznała go.

Dopiero słowo „Kijek” sprawiło, że zrozumiała.

Ojciec wrócił.

Rodzina znów była razem.

Ale nie do końca.


Bo w tym samym roku, daleko — w Australii — urodził się jego syn. Nie z Natalią. Owoc romansu, o którym ona nigdy nie przestała wiedzieć.

Chłopiec otrzymał imię Konstanty.

Ojciec nigdy go nie poznał.

Kira spotka go dopiero w 1990 roku — i przyjmie go bez gniewu.


Po wojnie życie nie stało się łatwiejsze.

Konstanty nie potrafił pisać na zamówienie, zgodnie z oczekiwaniami władzy. Jego wiersze często trafiały do szuflady. Niewydane, niechciane.

Popadł w depresję.

Pił coraz więcej.

Zamykał się w sobie.


Natalia znów dźwigała wszystko sama.

Utrzymywała dom.

Dbała o córkę.

I o niego — mimo wszystko.

Mimo zmęczenia.

Mimo bólu.

Mimo samotności, która przyszła jeszcze zanim naprawdę go straciła.


Pierwszy zawał serca.

Potem drugi.

Organizm nie wytrzymywał ciężaru lat.

Trzeci był ostatni.

W 1953 roku Konstanty zmarł.

Miał zaledwie 48 lat.

Kira — 17.


Natalia przeżyła z nim 23 lata.

I kolejne 23 bez niego.

Ale nigdy nie przestała go kochać.


To historia nie tylko o poecie.

To historia o miłości, która trwa mimo wszystkiego.

O kobiecie, która została.

O dziecku, które rozpoznało ojca po jednym słowie.

I o człowieku, który, choć niedoskonały, na zawsze pozostał czyimś „Kotem”.